Wellington – miasto kawy i restauracji

Czwartek popołudnie, a my siedzimy w autobusie jadącym w kierunku lotniska. Tak właśnie zaczęliśmy nasz ostatni długi weekend tej jesieni. Całe szczęście korki na drodze tworzyły się w przeciwną stronę i bez większego problemu dotarliśmy na lotnisko. Odprawiliśmy się szybko i mieliśmy jeszcze sporo czasu na małe piwo przed lotem. Cały bagaż na weekend zmieściliśmy w podręczne plecaki, więc w trakcie odprawy czy wpuszczania do samolotu nikt nawet nie prosił nas o paszport ani inny dowód tożsamości, ah to nowozelandzkie wyluzowanie!

Z lotniska odebrał nas Chris z Lucy i przyznam, że bardzo ucieszyło mnie, że znów mogliśmy ich zobaczyć. Głodni ruszyliśmy na kolacje w Ombra. Jedzenie super. Tutaj bardzo popularne są dania „do dzielenia”. Czyli zamawia się kilka dań i każdy może się częstować. Zamówiliśmy pizze, risotto, pieczoną jagnięcinkę, klopsiki z jagnięciny, grissini z prosciutto, zapiekane kumara (taki tutejszy ziemniak) z serem, było też trochę skorupiaków dla naszych Kiwi-towarzyszy i kilka jeszcze innych przysmaków. Pyszności! Czwartkowy wieczór spędziliśmy na rozmowach popijając wino i otulając się kocami. Dzień w Wellington był zimny, a w domu gdzie nocowaliśmy ogrzewanie nie było używane.

Piątek z kolei postanowiliśmy rozpocząć tym z czego słynie stolica Nowej Zelandii. Udaliśmy się na śniadanie z wyśmienitą kawą w kawiarnii Fidel’s. Co niektórzy nie mogli oprzeć się również tutejszym gofrom, mhmmm!

wel_1

Naładowani energią ruszyliśmy zwiedzać miasto.

wel_2

Na pierwszy ogień poszła przepiękna promenada nad samym oceanem, która doprowadziła nas w okolice Parlamentu i Beehive (budynek, który przypomina ul).

wel_4

Zwiedziliśmy również najstarszy i największy drewniany budynek na tej półkuli. Oczywiście kominki drewniane nie są 🙂 Budynek z zewnątrz wygląda jakby był zrobiony z kamienia, nie dajcie się jednak zwieść pozorom. Kolejną rzeczą, która nas lekko zdziwiła był herb nad budynkiem, który zawierał z jednej strony lwa, z drugiej jednorożca. Brakowało tylko ogona w kolorze tęczy!

wel_5

Kolejny punkt programu to przejazd słynnym czerwonym wagonikiem Kolejki, która prowadzi na wzniesienie, z którego roztacza się piękny widok na miasto. Przy górnej stacji kolejki znajdziecie też muzeum, za darmo można pooglądać jak wyglądały wagoniki ponad 100 lat temu!

welly_cable

welly_cable2

Będąc już na wzgórzu jest kilka opcji dalszej podróży. My skorzystaliśmy z pięknej pogody i przeszliśmy się zwiedzając przepiękny park/ogród botaniczny.

wel_9

wel_10

Pomimo tego, że jesień rozgościła się już na dobre, wciąż mieliśmy okazję zobaczyć piękną roślinność.

wel_11

Spacer na świeżym powietrzu rozbudził nasz głód, więc kolejne kroki skierowaliśmy ku restauracji Maxico, by zjeść lunch razem z Chrisem. Pyszne jedzenie, również w typie dań do podziału, więc mieliśmy okazję spróbować różności. Jeśli jak Kuba macie bardzo czułe podniebienie na ostre przyprawy, lepiej uważajcie z dodatkowymi sosami. Mexico ma swój oddział również w Auckland. Zdecydowanie polecamy ichniejszego pikantnego kurczaka i caviche z kokosem.
Dzień był dość intensywny, więc na deser skoczyliśmy na jeszcze jedną małą kawę i czekoladowe ciacho i wróciliśmy do mieszkania na chwile z ciepłym kocem i serialem.

wel_13

Info:

  • W podróżach komunikacją miejską bardzo pomogła nam aplikacja „Moovit”.
  • Koszt wjazdu kolejką (bilet powrotny) – $7,5/os
  • Zwiedzanie Parlamentu, Goverments Building i ogrodu botanicznego – jest darmowe.

You Might Also Like