Waiheke II – „Zemsta Gawrona”

Z początkiem lutego pojawił się u nas gość, aż z Luksemburga. Zgadywać nie musicie, bo wiadomo, o kogo chodzi. Trzeba przyznać, że gościem wybrednym nie był, wystarczył mu kawałek podłogi i prysznic. Gawi, zjawił się u nas w piątek rano i wyglądał nawet na całkiem wypoczętego po tych kilkdziesięciu godzinach w podróży. Walcząc z jet lagiem postanowił nie kłaść się spać, by jak najszybciej przywyknąć do tutejszych godzin. Kuba wyszedł do pracy, a my co by nie myśleć o spaniu ruszyliśmy na małe zwiedzanie miasta i nie da się ukryć, że korzystaliśmy z pięknej pogody. Oczywiście, że w całej tej walce ze snem nie obyło się bez kawy, nikt tu przecież nie chciał zgrywać bohatera.
Wieczór spędziliśmy przy wspólnej kolacji i choć chcieliśmy wstępnie zaplanować weekendowy wyjazd, nasz gość odpadł z konwersacji dość szybko. Jet lag jest prześmiesznym zjawiskiem.

Dwa dni później razem z Gawim ruszyłam na zwiedzanie wyspy Waiheke. Postanowiliśmy przejść szlak, którego nie udało nam się ostatnio zdobyć, gdy byliśmy na wyspie razem z Kubą. Wyjątkowo tego dnia pogoda ewidentnie nie dopisywała, naprzemiennie śmiejąc się i płacząc rzewnymi i intensywnymi łzami. Nas jednak nie przestraszyła, a wiedząc, że poszczególne wyspy mają swój własny mikroklimat liczyliśmy na to, że tam deszcze nas nie złapie. Całe szczęście, zbytnio się nie przeliczyliśmy.
Na wyspę jak poprzednio, dostaliśmy się promem. Tym razem jednak od razu byliśmy wyposażeni w mapkę z oznaczonymi szlakami, którą otrzymaliśmy w iSite podczas poprzedniej wizyty na wyspie. Znalezienie wejścia na szlak trudne nie było, więc myślałam, że tym razem wszystko pójdzie jak z płatka. Pierwszy postój przed wejściem na szlak, to stacja, gdzie należało umyć buty. Tutejsze drzewa „kaori” łatwo zapadają na chorobę, która przenoszona jest wraz z ziemią. Kaori są tutaj pod wielką ochroną i chcąc zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się choroby, co jakiś czas na szlakach stawiają stacje dezynfekujące. Takie mycie butów, przed wejściem do lasu, może wydawać się komiczne, ale z naturą się nie dyskutuje, więc moje i Gawiego buty, po chwili wręcz lśniły.

w2_2

Ścieżka nad wybrzeżem okazała się dość wąska, więc mijający nas z naprzeciwka turyści dość mocno spowalniali nasz marsz. Okazało się, że większość idzie w przeciwną stronę, gdyż do połowy lutego otwarty był nowy szlak – Sculpture Walk – który zawierał na swojej trasie liczne rzeźby, przez co kierunek zwiedzania naszej trasy został zakłócony.
W pewnym momencie zostaliśmy poproszeni o zmianę kierunku zwiedzania. Tym sposobem mieliśmy zrobić nasz Coastal Walk od drugiej strony. Mieliśmy, bo ostro się zagubiliśmy i mapka ze szlakami nie potrafiła nam pomóc i wskazać miejsca, w którym dokładnie jesteśmy. Zdecydowanie muszą tu popracować nad lepszym oznaczaniem tras. W każdym razie w pewnym momencie znaleźliśmy się na wspomnianym wcześniej Sculpture Walk i zaczęliśmy podziwiać znajdujące się na trasie rzeźby.

w2_4

w2_5

w2_7

No dobra, podziwiać to zbyt dużo powiedziane, bo w większości przypadków zastanawialiśmy się na co właściwie patrzymy. Każda rzeźba zaopatrzona była w tabliczkę z nazwą i ceną… Oj, te były absurdalne!
Choć początkowo myśleliśmy, że z tego szlaku wejdziemy na trasę, którą chcieliśmy zrobić, ale nim się zorientowaliśmy byliśmy z powrotem przy przystani. Tu rzucaliśmy monetą, bo ktoś miał siłę iść dalej zwiedzać, a komuś innemu burczało w brzuchu. A wiadomo, jak Polak głodny, to zły.
Los zadecydował, że wracamy do Auckalnd. Co okazało się całkiem dobrą decyzją, bo zaczęło padać. Szybki powrót promem i już siedzieliśmy na naszych wygodnych fotelach w mieszkaniu. Wtedy też udało nam się teoretycznie zaplanować nasz nadchodzący długi weekend, który planowaliśmy spędzić na północnej części północnej wyspy.
A Coastal Walk na Waihike, pozostał wciąż niezdobyty… A niech go!

w2_8

You Might Also Like