Samochodem przez Nową Zelandię

(Post był pisany jeszcze w styczniu, ale z powodu braku internetu nie był wcześniej opublikowany.)

Nie da się ukryć, że jazda samochodem po Nowej Zelandii była jedną z naszych obaw, bo przecież trzeba się trzymać lewej strony, inaczej się skręca, inaczej wjeżdża na rondo, no i kierownica jest po prawej stronie, a skrzynia biegów po lewej. Już samo chodzenie po ulicach Auckland dało nam przedsmak tej inności – przechodząc przez ulicę trzeba się patrzeć najpierw w prawo, a dopiero później w lewo, o czym nie zawsze pamiętamy 😀

W środę rano zjawiliśmy się w wypożyczalni samochodów EZI, wykupiliśmy pełne ubezpieczenie (nigdy nie wiadomo jakie szkody mogłoby spowodować bliskie spotkanie z oposem lub owcą), żeby ze spokojną głową móc śmigać po tutejszych drogach i odebraliśmy kluczyki do w miarę nowej Toyoty Corolli. Samo wypożyczenie samochodu to koszt $33 za jeden dzień, więc tragedii nie było. Pan obsługujący nas w wypożyczalni był lekko dziwny – ciężko go było zrozumieć, robił 3 rzeczy na raz, liczył na kalkulatorze ile to jest 5×25 ($25 to koszt pełnego ubezpieczenia za jeden dzień w styczniu) i w pewnym momencie stwierdził: “my tutaj mamy automatyczne skrzynie biegów, bo jesteśmy za głupi na ręczne”, no ale przynajmniej koleś był szczery 😉

toyota

Kluczyki odebrane, więc czas wyjechać na ulice! I tu już pierwszy zonk – próbuję włączyć migacz i włączają się wycieraczki! Co jest? Jeszcze jedna próba i to samo! Okazuje się, że tutaj mają wycieraczki pozamieniane z migaczami 😀 Co w zasadzie przez całą podróż skutkowało tym, że przed skrętem włączaliśmy wycieraczki – musiało to co najmniej dziwnie wyglądać w sytuacji, gdy na dworze było jakieś 30 stopni ciepła i ani jednej kropli deszczu. Innym problem była skrzynia biegów po lewej stronie. Automatyczna skrzynia sprawiała co prawda, że o biegi nie trzeba było się martwić, ale jednak wielokrotnie ruszając próbowałem wrzucić dwójkę uderzając się prawą ręką w drzwi – tak, wyuczone odruchy potrafią boleć 😉

Jak już się wjechało na drogę, to było spoko. No może oprócz skrętów, kiedy to Danka skrzętnie mi przypominała: “lewo lewo”. No i jej też zdarzyło się ruszyć z pobocza i z pełnym przekonaniem jechać po prawej 😀

Drogi tutaj mają całkiem dobre, ale jest kilka “ale”. Po pierwsze drogi są bardzo głośne – mają tutaj jakiś dziwnie chropowaty asfalt, który dość mocno hałasuje. Po drugie, w zasadzie nie ma tutaj dróg wielopasmowych. Są co prawda tzw. motorways, ale nie są to europejskie autostrady. Po trzecie, maksymalna prędkość na drogach to 100 km/h, więcej nie można jechać i basta (a policja podobno jest tutaj bardzo surowa). Po czwarte, są odcinki, na których przez 130 kilometrów nie ma stacji benzynowej. Na szczęście są znaki, które uprzedzają o tym, więc można się przygotować. Dobre rzeczy też są: brak dziur, a co kilka kilometrów “wyrastają” dodatkowe pasy, które pozwalają spokojnie wyprzedzić wolniej jadące samochody. Trzeba też dodać, że kierowcy są bardzo uprzejmi. Na przykład, gdy jechaliśmy nocą, jeden z kierowców zatrzymał się specjalnie, aby nam powiedzieć, że tylne światło nam wysiadło – w Polsce coś takiego? Niemożliwe! Do zdecydowanych pozytywów można też zaliczyć niesamowite widoki – całe Hawke’s Bay (bo to tam byliśmy w ten przedłużony weekend) jest przepiękne! Wszędzie widać góry, winnice, owce, morze, plaże – widoki zapierają dech w piersiach.

Powrót z Napier też był ciekawy, bo samochód mieliśmy opłacony do 18:00 (o tej godzinie zamykali też wypożyczalnię), a nasz GPS pokazywał, że do Auckland zajedziemy najwcześniej na 17:15. A musieliśmy jeszcze dojechać i zostawić rzeczy w naszym miejscu noclegu, zatankować samochód i zdążyć jeszcze do wypożyczalni (na drugą stronę miasta). Ostatecznie, z duszą na ramieniu, o 17:50 byliśmy na miejscu.

Dla ciekawych: nie, oposów żadnych nie przejechaliśmy (jeszcze!).

You Might Also Like